Krótko, bo gorąco...
Lato wokół, truskaweczki się zaczęły... Żyć, nie umierać.
Od ostatniej notki niewiele się wydarzyło. Półtora tygodnia temu miałam spirometrię, bo jej wynik był potrzebny do dokumentacji, która miała iść do Warszawy. Wynik? Duże upośledzenie oddechowe, nie przekracza 35% normy. No, ale to mnie akurat nie zdziwiło.
A dziś dzwoniła moja doktorka, że w poniedziałek 6-go mam się stawić w Instytucie Chorób Płuc i Gruźlicy w Warszawie na ul. Płockiej, u prof. Orłowskiego. Z tego, co już zdążyłam wygrzebać w Google, to chyba jakaś szycha. Mniejsza. Mamy wziąć cała historię choroby, łącznie ze wszystkimi prześwietleniami. On to wszystko przejrzy, pewnie jeszcze jakieś swoje badania zleci i dopiero zadecyduje, co mi będą robić. W każdym razie, jestem do położenia. W ogóle to po zapoznaniu się z wynikiem spirometrii, to on myślał, że jestem roślinką leżącą w łóżku. Więc jak mu doktorka powiedziała, że staram się jako tako funkcjonować, to go trochę zbiło z pantałyku. Dlatego dopiero na miejscu decyzja.
Nie wiem, ile czasu tam będę, ale mam nadzieję, że nie długo. Bo w przyszłym tygodniu będzie u nas istny wysyp truskawkowy, trzeba będzie zbierać na handel (to już wyższa konieczność, bo ostatnio tata ma w pracy tak mało zmian, że pensja będzie głodowa i trzeba dorobić) i na przetwory. Ja nie przeżyję zimy bez kompotów i dżemów truskawkowych mojej mamusi ;_;
No, a poza tym wszystko jako tako leci...
13:20:23 1/06/2011
[komentarzy 3]
Komentuj
Mr. Snakowo...
... bo właśnie jem, ulubione, serowo-pomidorowe. Mniam.
Teoretycznie notka powinna ukazać się dawno temu, bo ze szpitala wypuścili mnie w Wielki Czwartek. Praktycznie nie było kiedy, bo Święta, potem było za ładnie, żeby siedzieć w domu, a jeszcze później były matury i Młody miał wolne, więc wiadomo, kto okupował kompa... I potem znów prawie lato na dworze.
Teoretycznie to ja powinnam nie przeżyć przeszczepu szpiku od dawcy sprzed pięciu lat. Kto w ogóle wpadł na taki szalony pomysł, żeby przy ziarnicy robić alloprzeszczep?! Przecież tutaj to tylko autoprzeszczep wchodzi w grę, i to też w ostateczności!
Teoretycznie to ja powinnam nie przeżyć leczenia po przeszczepie.
Teoretycznie...
Jak widać, w praktyce wyszło trochę inaczej.
Znów zostałam okrzyknięta medycznym fenomenem. Wypiłabym z tego powodu, ale nie mogę, bo biorę leki, które mi nie pozwalają. A ja mam jeszcze jakiś szacunek do resztek mojej wątroby.
Powyższe teorie, to opinia lekarzy z oddziału, na którym leżałam. A ja im wierzę, bo specjalizują się w ziarnicach, ordynator to uznawana w świecie specjalistka, zresztą to, jak się mną zajmowali, mówi samo za siebie.
Organizm, co prawda, mam bardzo wyniszczony leczeniem, ale robią co mogą, by mnie postawić na nogi. Leki grzybicze działają, z antybiotykiem też w końcu trafili po zrobieniu dokładniejszych badań. Martwię się tylko, że może nie działać jak trzeba, bo mój układ pokarmowy jest dziwny i leki wchłania wybiórczo.
Zastanawiali się też nad usunięciem lewego płuca, które jest po prostu marskie - wyniszczone radioterapią, chorobą, zapaleniami płuc i tą grzybicą, przez co ciągle powoduje stany zapalne w organizmie. Mieliby od razu materiał do badań, co ułatwiło by im ustalenie, co się w środku dzieje - czy ziarnica jest, czy może jednak jej nie ma. Bo według nich, mimo ogólnego wyniszczenia, to za dobrze się trzymam, żeby mieć progresję.
W tym celu wysłali mnie po długim weekendzie na konsultację torakochirurgiczną. Niestety, chirurdzy, przejrzawszy dokumentację, nie zgodzili się na operację, bo byłaby ona dla mnie zbyt ryzykowna. I jeśli lekarzom bardzo zależy na pobraniu fragmentu tego płuca do badań, to zalecili specjalną bronchoskopię. Niestety, w Lublinie tego jeszcze nie robią (sprzęt już jest, ale oddział w remoncie, więc na razie nieczynny), więc najprawdopodobniej znów czeka mnie wycieczka do Warszawy, tym razem do Instytutu Chorób Płuc i Gruźlicy. Jeśli to to, o czym myślę, to wywiozą mnie aż na Wolę, na ulicę Płocką. Trochę pozwiedzam.
Jeśli chodzi o dietę cukrzycową, to jako taką trzymam nadal. Herbatę/kawę słodzę słodzikiem, słodyczy też nie jem, chyba, że mnie naleci, ale to też, gdy jestem w domu, zdarza się raz na 2 tygodnie. No i nie piję coli tyle, co piłam. Teraz bardziej odpowiada mi woda gazowana. Resztę jem normalnie.
Chcę truskawek~... *usycha z tęsknoty*
13:26:00 13/05/2011
[komentarzy 2]
Komentuj
